Tyle się napisałam i wszystko mi się skasowało przez jakiś przypadkowo naciśnięty klawisz
A więc od początku.
Wszystko zaczęło się jakieś 17 lat temu od potwornych bóli brzucha tuż po miesiączce. Na początku nie kojarzyłam tych bóli z miesiączką, która choć obfita i bolesna, była do zniesienia. Trafiłam więc do lekarza ogólnego. Obecnie jest on wziętym i bardzo dobrym ginekologiem, specjalizującym się w leczeniu niepłodności. Wtedy był zaraz po studiach. Wysłał mnie na ogólne badania krwi i moczu. Wyniki jak zwykle miałam książkowe. Lekarz drapał się w głowę mrucząc coś pod nosem, po czym przepisał mi Ranigast oraz mleczko zobojętniające kwasy. Brałam, ale nie pomagało. Po dwóch latach męki postanowiłam w końcu złożyć swoją pierwszą w życiu wizytę u ginekologa. Miła pani doktor podczas badania stwierdziła guza na jajniku i dała skierowanie na usg. W tamtych czasach usg nie bywało w gabinetach ginekologów, nawet prywatnych, a ja byłam u lekarza w przychodni rejonowej, więc termin usg miałam dopiero za dwa miesiące. Ponieważ byłam przerażona i miałam wizję raka i rychłej śmierci, moja mama wysupłała niemałą sumkę na usg prywatnie. Lekarz, który je robił stwierdził trobiel średnicy 7cm na prawym jajniku i poinformował mnie o prawdopodobnej konieczności usunięcia jajnika. Wróciłam do swojej ginekolog. Chciała mnie od razu skierować na laparoskopię, a wykonywały ją wtedy tylko dwa szpitale w moim mieście. Była to nowość. Na słowo "szpital" wpadłam w taką histerię, że lekarka zdecydowała się spróbować leczenia nieistniejącym już lekiem Gestigen. Miałam go brać 3 miesiące bez przerw na miesiaczkę. Wytrzymałam półtora. W bólach przyczołgałam się do lekarki, która stwierdziła skręcenie torbieli. Pojechałam na dyżur do szpitala. Przemiły ordynator powiedział, że laparoskopię wykonują tylko w przypadku torbieli do 5cm, więc czeka mnie operacja. Ponieważ był początek roku akademickiego a w tamtych czasach po operacji pozostawało się 2 tygodnie w szpitalu, w tym 5 dni z cewnikiem i pod kroplówką zamiast jedzenia, ordynator postanowił zrobić dla mnie wyjątek, żebym nie straciła roku na uczelni. Ale najpierw musiałam dostać miesiączkę po Gestigenie. To była najgorsza miesiączka w moim zyciu. Bóle nie do zniesienia i skrzepy wielkości pięści. Podano mi środki p/bólowe i wypisano do domu. Wróciłam do szpitala po miesiączce i zaczęły się schody, bo nie miałam już skierowania. Przyjęto mnie warunkowo, ale nie było miłego ordynatora, tylko jego gburowaty zastępca, który podczas badania, nie robiąc usg, stwierdził cudowne uzdrowienie (to znaczy nie wyczuł żadnych torbieli). Postanowił mnie wypisać, a na moje stwierdzenie, że mnie bardzo boli odpowiedział, że nie każdy ból ma podłoże ginekologiczne. Wracałam do domu w boleściach kompletnie zdezorientowana. Na szczęście przypomniało mi się, że właśnie mam termin usg w przychodni, na które zapisałam się dwa miesiące wcześniej i go nie odwołałam. Lekarz robiący usg nic się nie odezwał, tylko złapał za telefon i kazał się połączyć z moją ginekolog. Prosto z usg trafiłam więc do niej. Powiedziała mi, że teraz oprócz torbieli na prawym mam drugą 5cm na lewym jajniku. Była zbulwersowana zachowaniem zastępcy ordynatora i chciała mi wypisać skierowanie do tego drugiego szpitala robiącego laparoskopię. Ale moja wkurzona mama złapała mnie za rękę i wróciłyśmy do tego pierwszego szpitala, prosto do ordynatora. Prosto z mostu wypaliła, że nie przyjęto mnie bo nic nie dałam. Ordynator był tak wstrząśnięty, że kazał mi się zgłosić po kolejnej miesiączce bezpośrednio do niego, i dał mi opakowanie Minuletu, który miałam brać. No więc po kolejnym miesiącu wróciłam i zrobiono mi laparo. Wspominam to jak zły sen. Miałam potworne nudności po, i nic mi nie podano aby je złagodzić. Lekarz mimo iż byłam pełnoletnia nie chciał mi nic powiedzieć, tylko czekał na moją mamę. Zdenerwowałam się i chciałam roznieść szpital (jestem dość wybuchowa niestety), więc inna lekarka, która asystowała przy laparo, przytuliła mnie do piersi i poinformowała, że mam endometriozę (co to jest?) i muszę teraz brać lek przez pół roku a potem zrobimy drugie laparo. Ale się wkurzyłam! Jakie drugie? Pierwsze ledwo przeżyłam. O nie! Nie ze mną te numery. Spakowałam się, ale ubranie miałam w szatni i nie mogłam uciec. Musiałam poczekać na mamę, jej rozmowę z ordynatorem, no i wypis, na którym pisało, że to endometrioza III st. , liczne zrosty, torbiele i otrzewna wypełnione czekoladowa treścią, itd. Wróciłam do domu i na uczelnie. Z trudem zaliczyłam zaległości, ale udało się nie zarwać roku. Brałam tem cholerny Danazol ponad pół roku i straciłam po nim zupełnie głos. To było dla mnie za dużo. Wyrzuciłam tabletki do kosza. Niech się dzieje co chce. I tak nie wyjdę za mąż i nie będę miała dzieci to po co łykać to świństwo. Postanowiłam już nigdy nie pójsć do ginekologa. Wytrzymałam 12 lat. Miałam lepsze i gorsze okresy. W końcu ból brzucha towarzyszł mi codzień do popołudnia. Wieczorem było lepiej. Do tego bolesna kość ogonowa utrudniała siedzenie. W nocy miałam bóle w okolicach odbytu. Kiedy nie pomagały już żadne środki p/bólowe zrozumiałam, że nie obejdzie się bez lekarza. Wróciłam do tego ordynatora. Miał już oczywiście usg w gabinecie (jakie zaskoczenie, co za zmiany, wzierniki jednorazowe, ale postęp w przeciągu 12 lat). Na usg widoczna torbiel prawego jajnika średnicy 8cm. Ca125 -77. Dostałam skierowanie na operację, no bo laparo to do 5cm itd. Jednak po raz kolejny pan doktor zrobił wyjątek i postanowił zrobić laparoskopię. Poszłam do tego szpitala co poprzednio. Jaka zmiana! Pokoje dwuosobowe z łazienkami (poprzednio 7-osobowe, kolejka do łazienki na korytarzu), miła atmosfera, nie ma lewatywy. I nagle woła mnie na badanie kto? No zastępca ordynatora, ten sam gbur. Ale i u niego zaszła przedziwna odmiana. Miły, uprzejmy, uśmiechnięty. A przecież nic nie dałam. Zaraz po wybudzeniu z narkozy podano mi środek p/wymiotny, więc i nudności uniknęłam. Na porannym obchodzie lekarz poinformował mnie, że prawy jajnik trzeba było usunąć, jajowód też. Jajnika praktycznie nie było, jajowód był poskręcany i w stanie zapalnym. Drugi jajowód całkowicie niedrożny. Czy planuję ciążę? Nie, nie mam z kim. Tak mi się życie ułożyło. Zapytał, czy chcę wyjść do domu od razu, ale ja byłam na to zbyt słaba i postanowiłam sobie poleżeć. Na drugi dzień zasłabłam przed obchodem, więc już inny lekarz też nie chciał mnie wypisać. A więc jak to ja, wpadłam w furię i postanowiłam roznieść szpital na kawałki. Jak mi ciśnienie podskoczyło, to od razu się lepiej poczułam. Ruszyłam więc do dyżurki lekarzy i zażądałam wypisu na żądanie. Miła pani doktor zapytała, czy mi w domu dzieci płaczą, a skoro nie, to czemu nie mam sobie jeszcze poleżeć pod dobrą opieką. Chcąc nie chcąc przyznałam jej rację. byłam więc w szpitalu w sumie 5 dni a nie 3. Na wizytach po szpitalu lekarz dał mi do zrozumienia, że skoro nie planuję ciąży a nic się nie dzieje to mam mu głowy nie zawracać, bo poczekalnia pełna jest kobiet w ciąży, no bo w końcu jest wziętym położnikiem. Wróciłam więc do mojej lekarki z rejonu. Półtora roku temu znowu miałam torbiel na jajniku średnicy 5cm. Dostałam Yasminelle na 3 miesiące bez przerw. Torbiel się wchłonęła. Lekarka więc zaleciła brać Yasminelle już normalnie z przerwą. Niestety dostałam zapalenia żył i musiałam lek odstawić po pół roku. Trafiłam do chirurga naczyń, który stwierdził niewydolność żył głębokich i zabronił leczenia hormonami, ze względu na znaczne ryzyko zakrzepicy. Latem pojawiły się bardzo bolesne skurcze jelit. Ponieważ leczę się na silną nerwicę (byłam z jej powodu pół roku na zwolnieniu i w szpitalu) lekarz ból jelit przypisał nerwicy, stwierdził zespół jelita drażliwego i obecnie łykam Duspatalin retard i Debridat. Pomaga, ale nie całkowicie. Tylko na ostatnim usg na macicy pojawiła się jakaś przestrzeń płynowa o średnicy 2cm. Lewy jajnik mam całkowicie zrośnięty z macicą. Lekarz podejrzewa powrót endo. I nie wiem, co dalej. Jak to leczyć bez hormonów? A miesiączki znowu bolesne i ze skrzepami.
To na razie koniec mojej historii. Boję się dalszego ciągu. Jestem pod obserwacją.